milipandemia

Drukuj

Życie publiczne w ubiegłym roku - podobnie jak w poprzednim - upłynęło we Włochach na nieustannym ogłaszaniu wielkich sukcesów rządzącej koalicji PO/Kukiz/Nowoczesna/WMDW, do których w pierwszej kolejności zaliczyć należy tymczasową instalację niedziałającego kranu przy stacji PKP Włochy za 45 tysięcy PLN oraz zakończenie w Parku Kombatantów blisko dwuletniej budowy wychodka za kwotę, która mogłaby wywołać niepotrzebny szok u każdego Czytelnika. Nie można także nie odnotować niespodziewanego zamknięcia szkoły przy ulicy Radarowej na samym początku roku szkolnego oraz tajemniczego zniknięcia odszkodowania dla miasta z tytułu opóźnienia prac budowlanych w tej placówce.

Te oszałamiające osiągnięcia wybitnych przywódców naszej lokalnej społeczności nie mogą nam jednak całkowicie przesłonić pewnych drobnych minusów działań rządzącej koalicji, a w szczególności skoku POKO/WMDW na dawny stadion miejski w Nowych Włochach oraz odmowy świadczenia licznych usług publicznych z powodu straszliwej pandemii. Zwłaszcza ten drugi minusik wydaje się być bardzo uciążliwy, biorąc pod uwagę, że radni klubów POKO/WMDW nie tylko pozamykali wszystko co trzeba i nie trzeba ale co gorsza nie zamierzają zwrócić mieszkańcom opłat za niewykonane usługi publiczne. Szczytem bezczelności jest zaś fakt, że mimo zaniechania wielu usług publicznych Rada Warszawy - głosami Platformy Obywatelskiej - podwyższyła mieszkańcom podatki.

Rozważmy więc na ile straszliwa była w Warszawie straszliwa pandemia, która dostarczyła radnym POKO/WMDW wspaniałego pretekstu do zamknięcia instytucji publicznych oraz łupienia ludności. W tym celu przede wszystkim należy zauważyć, że pandemia jest zjawiskiem statystycznym. Nic więc o stopniu jej straszliwości nie mówi np. smutny fakt śmierci cioci szwagra ani nawet przerażający pokaz transportu trumien we Włoszech (zwłaszcza, że kilka lat wcześniej te same trumny wzruszać nas miały losem imigrantów afrykańskich, utopionych przez statek tzw. "organizacji humanitarnej"). O zjawiskach statystycznych mogą nam coś powiedzieć tylko i wyłącznie liczby. Obecną straszliwą pandemię musimy także do czegoś porównać, żeby znaleźć jakiś punkt odniesienia i wymiaru stopnia jej straszliwości. Dobrym kandydatem jest słynna Dżumy Justyniana, która spowodowała śmierć około 40% ludności Europy w latach 541/542.

Ponieważ w Warszawie mieszka aktualnie ok. 1,8 mln. osób powtórka Dżumy Justyniana oznaczałaby śmierć 720 tys. ludzi. Byłaby to katastrofa niewyobrażalna więc trudno się dziwić, że mieszkańcy Włoch w pierwszej reakcji na medialny horror ogołocili półki sklepowe ze wszystkiego co się dało zjeść i papieru toaletowego.

Z informacji Urzędu Stanu Cywilnego dziś wiemy, że w Warszawie zmarły w ubiegłym roku 22.643 osoby. Już porównanie tych dwóch liczb nasuwa wątpliwość co do natury obserwowanego zjawiska. Nie można jednak powiedzieć, że obecna pandemia jest po prostu 32 razy słabsza niż Dżuma Justyniana. Jak bowiem powszechnie wiadomo ludzie są śmiertelni i zwykli byli umierać zazwyczaj bez zarazy itp. nadzwyczajnych zdarzeń. Miarą obecnej pandemii nie może być więc liczba osób zmarłych w roku ubiegłym ale co najwyżej liczba tylko tych zmarłych, których śmierci nie można było oczekiwać, ponieważ wynikła z czynników, które nie występowały w latach ubiegłych. Takim nieoczekiwanym zjawiskiem w szczególności może być pandemia. W celu ustalanie liczby tych osób posłużymy się wnioskowaniem statystycznym w oparciu o liczbę aktów zgonu sporządzonych w latach 2004-2019 przez USC Warszawa:Statystyka aktów zgony w warszawie

Rzuca się w oczy, że ostatni słupek wybija się ponad czerwoną linię przewidywań. Obliczenia statystyczne prowadzą do wniosku, że 31 grudnia 2019 r. mogliśmy spodziewać się w kolejnym roku 19.601 (±269) zgonów.

Różnica między liczbą zgonów statystycznie przewidywanych a liczbą osób faktycznie zmarłych pozwala nam więc przypuszczać, że na skutek pandemii zmarło w Warszawie 2773 osoby. Z tego zaś wynika, że obecna pandemia jest zjawiskiem o trzy rzędy wielkości mniejszym niż Dżuma Justyniana.

Porównanie pandemii

Nawet tylko optyczne porównanie tych wielkości skłania do powątpiewania czy w Warszawie doszło w ogóle do czegoś co można nazywać "pandemią". O ile bowiem od biedy możemy uznać, że samochód przecięty na pół to "pół samochodu" to byłoby dość dziwaczne nazywanie wycieraczki przedniej "1/253 samochodu".

Takie podejrzenie dodatkowo potęguje fakt, że - według GUS - owa niespodziewana nadwyżka zgonów w całej Polsce miała miejsce między październikiem a grudniem ubiegłego roku, a więc dopiero pół roku po wybuchu pandemii. Niezależnie od braku korelacji w czasie trudno byłoby sobie wyobrazić jakimi drogami miałby się rozpowszechniać śmiertelny wirus skutkujący śmiercią 1 osoby na 650 mieszkańców. Indagowany o te kwestie Państwowy Powiatowy Inspektor Sanitarny w Warszawie uchylił się od odpowiedzi na pytanie o nieoczekiwany wzrost liczby zgonów ale pośrednio i w zawoalowany sposób przyznał, że nie wynika on z zakażenia lub choroby zakaźnej.

Narzuca się więc przypuszczenie, że statystycznie nieoczekiwane zgony nie mają żadnego związku ze złowrogim koronawirusem ale są skutkiem innych czynników, które nie występowały w latach 2004-2019, np. skrajnie utrudnionego dostępu do miejskich szpitali i przychodni czy uporczywego noszenia maseczek. Nie można także wykluczyć, że faktyczna liczba mieszkańców Warszawy wzrosła np. na skutek imigracji ukraińskiej, a wraz z nią wzrosła liczba zgonów. Zbadanie tej hipotezy przekracza jednak ramy tego artykułu. Dane USC o zgonach pozwalają natomiast z całą pewnością stwierdzić, że jeśli mamy w Warszawie do czynienia z pandemią to jest to co najwyżej milipandemia.